Strona główna
- Wstęp
- Wieści

- Redakcja
- Księga Gości
-
Kontakt
 

Gdzie szukać książek:
- C.S. Forestera
- P. O'Briana
- C.N. Parkinsona
- o Honor Harrington


Horatio Hornblower - powieści C.S. Forestera
-
sylwetka żeglarza
-
cykl o Hornblowerze
-
kolejność publikacji
-
C.S. Forester

Filmy o Hornblowerze
Film "Kapitan Horatio Hornblower" (1951)
Serial:

- Even Chance
- Examination for Lieutenant
- Duchess and the Devil
- Frogs and the Lobsters
- Mutiny
- Retribution
- Duty
- Loyalty


Inspiracje science fiction twórczością C.S. Forestera

-
Honor Harrington

- Honario Harpplayer


Jack Aubrey - powieści Patricka O'Briana
-
sylwetka żeglarza
-
cykl Aubrey/Marutin
- kolejność publikacji
-
inne powieści
- Patrick O'Brian

Film "Pan i władca: Na krańcu świata"
-  "Najdalsza strona świata" - wspomnienia z planu "Pan i władca: Na krańcu świata"


Richard Delancey - powieści C.N. Parkinsona
-
sylwetka żeglarza
- powieści o Richardzie Delancey'u

-
C.N. Parkinson


Artykuły
- wojny brytyjsko-francuskie przełomu XVIII i XIX w.
- fikcyjne losy Hornblowera, Aubrey'a i Delancey'a a historia


Inne powieści marynistyczne

Linki

do góry

NAJDALSZA STRONA ŚWIATA

strona: 1 (5/30 - 6/26)  2 (7/03 - 8/13)  3 (8/14 - 9/22)  4 (9/30 - 11/14)

W maju 2002 miałem okazję wyruszyć do Meksyku i przez sześć miesięcy uczestniczyć przy realizacji filmu Petera Weira „The Far Side of The World”, (w Polsce wyjdzie on pod tytułem „Pan i Władca. Na krańcu świata.”). Poniższy materiał składa się z maili pisanymi z Zatoki Kalifornijskiej do moich przyjaciół. W miarę pisania, stawał się czymś w rodzaju subiektywnego dziennika-reportażu z podróży i planu filmowego, w którym rzeczywistość mieszała się z fikcją. Narrator i autor to dwie inne osoby. Puryści językowi mogą być oburzeni mieszaniną polskiego, angielskiego i hiszpańskiego a  jednak to doświadczenie działo się w tych trzech językach i nie da się od tego uciec. Wszystkie zdjęcia zamieszczone są za zgodą autorów (Judy Buley, Radka Smużnego i Adama Joyca)

Marian Łasak
rozmowa@o2.pl

Smutne psy 05/30

W chwilę przed lądowaniem oglądam z lotu ptaka przedmieścia Los Angeles. Wszystko zrobione jak od linijki, prostokąty domów i zielonych ogródków a baseny wyglądają jak szmaragdowe przezroczyste kamienie. Mam za sobą 13 godzin lotu, ponad zieloną Anglią, niebieską taflą oceanu, brązowo rudymi wybrzeżami Kanady, gdzie trudno rozpoznać granicę lodu i lądu, ponad kolistymi farmami, wyglądającymi jak lądowiska UFO. Samolot kołuje przez chwilę, aby wreszcie usiąść na płycie lotniska. Gwałtowna różnica ciśnienia piszczy mi w uszach. Znacznie przyjemniej było startować. Jesteśmy cztery godziny po starcie z Warszawy. Różnica czasu wynosi 9 godzin. Zyskałem dodatkowe dziewięć godzin życia!!!!!!!!!!

Urzędnicy bez zbędnych pytań wbijają pieczątki do paszportów. Przy wyjściu z terminalu wita nas Judy nasza opiekunka. Musiała widzieć nasze zdjęcia, więc z pewnością nie miała problemów z rozpoznaniem jedenastki twarzowców z Polski. Judy jest drobną zadbaną czterdziestką, wylewna w serdeczności, dotyka swoich rozmówców. Z każdym z nas wita się silnym uściskiem i całuje w policzki. Jej energia trochę nie przystaje do naszego rozespanego samopoczucia. Widząc, że komunikuję się po angielsku sadza mnie obok siebie w samochodzie, którego kierowca, gruby murzyn, wygląda jak Marselus z „Pulp Fiction”. Podczas jazdy Judy cały czas nakręcona mówi, że cieszy się z naszego przyjazdu, że czeka nas niesłychana przygoda. Odnoszę wrażenie jakbym słuchał jakiegoś tekstu reklamowego. Widać po niej, że jest trochę podenerwowana, jakby bała się tego spotkania z grupą z Europy. Może bała się, że będzie więcej kłopotów, że nie będzie miała możliwości komunikować się z nami ze względu na barierę językową. Im więcej wyrzuca z siebie i widzi, że ją słucham i rozumiem co do mnie mówi, tym bardziej się uspokaja. Gładka autostrada usypia nas wszystkich. Słucham Judy jednym uchem, drugiemu pozwalam spać, uważając na znaki zapytania w jej tonie i kiedy trzeba udzielam odpowiedzi. Przekraczamy meksykańską granicę, a raczej przez nią po prostu przejeżdżamy.
 

Widok za oknem drastycznie się zmienia, znikają rezydencje i zadbane domki, zaczynają się slumsy. Klocki z dykty i gliny poukładane na sobie, najwyżej jedno piętro. Domki brudne i zaniedbane i smutne psy. Droga wiedzie pomiędzy piaskowymi skarpami, tak jakby wykrojono ją w piaskowo kamiennych górach. Obok Tichuany sterylne amerykańskie osiedle czerwonych domków a meksykańskie wciąż wyglądają biednie i zaniedbanie. Podobnie jest w Rosarito, naszym docelowym miejscu. Judy rozmawia z recepcjonistką i załatwia dla nas pokoje w hotelu Corona Plaza. Nasz hotel to wielopiętrowy, pomalowany na żółto budynek, trochę przypomina w gruncie rzeczy wielki blok, albo budownictwo kolonialne, w tym sensie, że sam jego wygląd kontrastuje z tym, co go otacza i wcale nie próbuje się wtopić w otoczenie tylko je zdobyć i nad nim górować. Mamy za sobą piętnaście godzin podróży, ale Judy postanowiła zabrać nas na wycieczkę do studia. Studio FOX oddalone jest jakieś 10 minut samochodem od naszego hotelu, zajmuje dość znaczną powierzchnię odgrodzoną wysokim murem, który przy bramie wjazdowej został przekształcony w coś w rodzaju zwijającej się rolki filmowej. W środku dostajemy identyfikatory ze zdjęciem. Zwiedzamy hale, w których wybudowano poszczególne części statku, zwiedzamy holding; to jest miejsce, w którym będziemy czekać aż nas wezwą na plan, i przechadzamy się nad wielkim basenem, jeszcze nie wypełnionym wodą, po środku którego stoi żaglowiec. Judy przedstawia nas każdej napotkanej osobie. – Hi, how are you?- Wszyscy są jakoś zbyt entuzjastyczni, przyjaźni i uśmiechnięci, zaczyna mnie to powoli denerwować. Kiedy poznaliśmy już kobietę od stylizacji włosów, faceta od charakteryzacji, dziewczyny pomagające Judy w biurze castingu, kierowców busów ze studia i wszystkie inne przypadkowo spotkane osoby, możemy wracać do hotelu.

Zajmujemy pokoje na czwartym piętrze, w większości jedynki z dwoma łóżkami. Mnie się trafił większy pokój, z olbrzymim łożem (stanowczo na dwie osoby) i kanapą. Widocznie Judy mnie polubiła. Rozdając klucze do pokojów szepnęła mi do ucha- mam dla ciebie coś specjalnego. Zatem to ten pokój. W oddali z okna widać ocean, co prawda najpierw jakieś niezbyt ładne, posklecane domki, a dopiero gdzieś dalej fragment plaży i molo, ale i tak jestem zadowolony. To mój dom na najbliższe parę miesięcy.

Treningi w studiu zaczną się dopiero od poniedziałku, więc czeka nas dużo wolnego. W sam raz na zwiedzanie tej odmiennej rzeczywistości. Bo tu wszystko jest zupełnie inne. 

Pierwsze dni 06/02

Po kilku dniach pobytu nie dziwię się rewolucyjnym nastrojom Meksyku. Meksykanie wraz ze swoją kulturą, zostali zredukowani do rasy usługujących. Jako Europejczyk o odmiennym wyglądzie od miejscowych, jestem traktowany jak pozostali turyści.- Amigo, czego potrzebujesz?- Pierścionki, sygnety, bransolety, kolczyki, zapalniczki, sombrera, trudno przejść przez ich pchli market, bo obskakują cię, a ja nawet nie wiem jak odpowiedzieć, że tego nie potrzebuje. Na parkingu za hotelem smutne psy, wspominam o nich, bo takiego smutku w psich oczach nigdy nie widziałem; zwieszone pyski, opuszczone ogony, niektóre okropnie wychudzone, wieczorami włóczą się w grupach.

Czas aby przejść się po plaży. Czemu tak w oczy rzuca mi się śmierć? Smutek jest stanem umysłu zabarwiającym całą rzeczywistość. Nigdy nie lubiłem morza, żadnego. Tutaj większe fale niż nad Bałtykiem i nie ma bursztynu. Piasek pomieszany z czarną ziemią, wygląda jak brudny a na brzegu wyrzucana przez fale śmierć; zdechła foka, zdechła płaszczka, zdechłe kraby i małże, na to wszystko czatują mewy. Chitynowe skorupki krewetek mają namalowaną na sobie diabelską mordę, ironicznie gapią się na mnie, nawet kiedy zgniatam je bosymi stopami. Ciekawe, mordy występują w dwu wersjach brązowej i fioletowej. Obok mnie po plaży przechadzają się miejscowi, wbiegają do oceanu i dają się oblewać falom. Musiało minąć dwa dni abym się na to zdecydował. Woda jest chłodna, za zimna jak dla mnie. W ogóle, tu jest zimno, już cieplejsze dni miałem w Krakowie, ponoć ma być lepiej.

Drugiego dnia obcięli nas wszystkich; to jest porobili nam fryzury zgodne z funkcjami, jakie będziemy pełnić na statku. Mam być żeglarzem z dodatkowym określeniem landsman, czyli człowiekiem nowym dla morza, wcielonym na statek siłą, wiem tyle tylko. Przedwczorajszy dzień spędziliśmy na charakteryzacji, przymierzaniu kostiumów i robieniu fryzur, znów obwożeni po całym studiu meleksami.

Tyle do opisania, tylko nie wiem jak tą nić snuć.

Pozdrawiam Mar.

Początkowo wszyscy mięliśmy dostać scenariusze do przeczytania, ale potem ktoś tam na górze zadecydował, że możemy je czytać tylko na terenie studia. Judy załatwiła po szemranemu jeden egzemplarz dla mnie. Trochę żałuje, że nie poszedłem na kolacje, na którą  zapraszała.

Scenariusz....ojej, czy muszę opisać całą historie? W każdym razie wszystko dzieje się na morzu, oprócz krótkiej i brzemiennej w skutki wizyty na Galapagos. Czy fajne? - NIE JESTEM PEWIEN...

Kolejny dzień w Meksyku 06/03

Próbuję na intensywnie niebieskim niebie znaleźć słońce, i nie mogę. Musi gdzieś tu być, jak to nie ma? Słońce oczywiście jest. Prawie nad moją głową, a ja go szukałem tak nisko jak jest u nas w Polsce. Ech te przyzwyczajenia...

Plaża żyje. Ktoś próbuje surfować, dzieci bawią się w falach. Pomiędzy plażowiczami przechadzają się sprzedawcy gotowanej kukurydzy z parującymi wózkami, konie czekają na turystów a nad tym wszystkim wznoszą się kolorowe latawce. Od oceanu wieje chłodny wiatr a mimo to czuję jak mi się przysmaża skóra na twarzy a rozgrzany piasek parzy stopy.

Dobrze jest wyprzedzać czas. Czasem się zdarza, że mamy wszystkie nitki w dłoni, kontrolę nad zdarzeniami i teraz tylko pociągać za właściwe sznurki, tworzyć zdarzenia.

Wybrałem się na kolacje z Judy, były z nią jeszcze dwie inne kobiety z Foxa. Obie noszą imię Helen. Jedna z nich, krótko obcięta czterdziestka zajmuje się komputerowymi efektami specjalnymi a druga jest asystentką jakiegoś znaczącego szefa (pracowała przy Harry Poterze - którego obejrzałem na pokładzie samolotu i muszę przyznać, że jest niezły, nie wiem czy nie lepszy od Władcy Pierścieni i Star Wars). Trochę mogłem posłuchać jak funkcjonują wielkie studia. A teraz wiadomość z pierwszej ręki, Russel jako kapitan statku postanowił zakupić dla całej załogi koszulki z herbem statku. W zestawie mają być 3 koszulki i przybornik z igłą i nitką, aby każdy mógł sobie doszyć swoje imię i nazwisko. Wszyscy dowiedzą się o tym w poniedziałek przy wspólnym śniadaniu z Weirem i Russelem. Potem wysłuchałem historii jak to Weir do początkowej sceny zażądał 100 Indian z Columbii i  Judy jako odpowiedzialna za casting musiała  poruszyć niebo i ziemie aby znaleźć tę setkę i to z paszportami. Podobno Weir strasznie dokładnie wybiera sobie wszystkie elementy filmu i jest przy tym bardzo wybredny Wygląda na to, że ci ludzie w studio żyją w ciągłym stresie, żeby jak najlepiej wszystko zrobić. Wyrabianie sobie marki?

 Czułem się dziwnie siedząc z tymi zadbanymi czterdziestkami, popijając zimną „coronę” z limonką, dziwnie bo trochę jak maskotka z Europy Środkowej i dziwnie, bo strasznie musiałem się wysilać aby rozumieć ich odmienne akcenty (brytyjski, nowojorski, kalifornijski). Po drugie, cała sytuacja była dla mnie niezrozumiała.

Tichuana- po raz pierwszy.

Podstawowym środkiem transportu są taksówki. Między Tichuaną a Rosarito kursują regularnie żółte chevrolety z napisem ”Centro”. Samochody są tutaj w amerykańskiej skali więc w jednej taksówce mieści się 8 osób. Najlepsze są siedzenia z tyłu, gdzie zasiadasz w kierunku przeciwnym do kierunku jazdy i możesz oddać się obserwacji umykającej drogi. Po prostu Meksyk. Góra cała pokryta wrakami samochodów, lepianki pobudowane na glebie, która jest zabarwiona delikatną barwą lila. Do samochodu wsiadają, i za chwilę wysiadają z niego, dzieci ze szkoły, w bordowych dresach nałożonych na białe koszule, dziewczynki noszą krótkie spódnice do kolan w biało niebieską kratkę. Wszyscy tutaj są czarnowłosi i czarnoocy. TJ ma podobno dwa miliony mieszkańców i jak plotka niesie jest jednym z najbardziej niebezpiecznych miast w Ameryce Północnej.  Przez chwilę wędruję po ulicach TJ. Niskie budynki, sprzedawcy taco i ichniejszego jedzenia, stragany i szybko do centrum handlowego aby zakupić jakieś trampki na trening rozpoczynający się w poniedziałek. Strasznie się cieszę, że wreszcie coś zaczyna się dziać. Przede mną 6 dni zabawy z wiosłami, bronią białą i palną, żeglowania. Nie mogę się doczekać.

Droga przez pustynne, zakurzone krajobrazy skłania do refleksji.

Ona -Dlaczego się nie cieszysz, inni na twoim miejscu...
On -Ale ja jestem inny.
Ona -Za często mówisz o tej swojej inności

Kobieta najpierw wyrzuca cię ze swego ciała, ze swego dotyku, potem z najbliższej i dalszej przestrzeni, usuwa zdjęcia ze ścian i albumów. Zaciera twoje ślady w mieszkaniu a potem w sobie. Wymazywanie boli

do góry

Strona główna

Papas & beer i Picasso

Jest gorąca piątkowa noc. Rosarito zatętniło przybyłymi na weekend turystami, czas na imprezę. Wyruszamy upaleni trawą i pijani słodkim winem na eksploracje naszego miasteczka. Pełno tu klubów i dyskotek. Wyobraźcie sobie coś w rodzaju kowbojskiego fortu na plaży, zbudowanego z grubo ciosanych bali. Od plaży dzieli was półprzezroczyste ogrodzenie z szyb, za wami boisko do gry w siatkówkę, około tysiąca ludzi. Rozgrzane amerykanki w każdym możliwym kształcie, wielkości i kolorze, tańczą przy trochę lepszym disco. Punktem centralnym jest jednak mechaniczny byk - narzędzie do zrzucania jeźdźców. Byk wygląda trochę jak te które malował Picasso. Co chwile ktoś go dosiada, aby ostatecznie spaść na rozłożone na ziemi maty Kobieta na rozjuszonym byku – widok warty zobaczenia. Mechaniczny byk, zredukowany do grzbietu- siedzenia i rogów służących do przytrzymywania się i ....kobiety. Długowłose, krótko obcięte, blondynki i brunetki, białe i żółte. Wypięte pośladki, trzęsące się piersi, ups czasem nawet się coś wymsknie z biustonosza..... i na tym polega cała zabawa.

Nade mną meksykańskie niebo, w ręku „corona”- powoli zapadam w sen. Kolejny dzień w Meksyku mija

Rysiu Krowa 06/04

Pod takim pseudonimem Russel Crowe występuje u nas w grupie, tak aby nikt się nie domyślił, że o nim mówimy.

Pierwszy dzień treningu

Zaczęło się od śniadania. Według plotek w jadalni miał się pojawić Weir i Crowe, jednak tak się nie stało. Śniadanie odbyło się w dużej sali na ponad 100 osób i coś czuję, że jakakolwiek konieczność zakupu żywności odpada.

Następnie pierwszy kontakt ze zwierzętami. Małe małpki, papugi, kozy, byk, kury, perliczki i dwa psy. Małpki mają bardzo delikatne ciepłe dłonie - to chyba zaskoczyło mnie najbardziej. Mają oczywiście swoją małpią naturę i kiedy wyczerpują ci się wszystkie orzeszki, przeskakują na kogoś kto takie posiada. W pierwszej grupie było nas dwunastu chłopa a zwierzęta i tak powoli zaczęły się denerwować. Krowa kopnęła Australijczyka (nieszkodliwie), papugi osrały Greka. Zastanawiam się co będzie przy następnej grupie.

Saling school - Brodaty kapitan zarzucił nas taką ilością terminów marynistycznych, że po prostu wymiękłem. Czeka mnie długa noc studiowania rysunków i komend wydawanych na pokładzie statku w roku 1803. Trudna jazda. Mizzen mast, main mast, fore mast, line, buntline, clewline – jednym słowem greka.

Small guns - tym razem coś ciekawego, miło potrzymać w rękach repliki broni z tamtych czasów. A jutro mamy z tego strzelać. Żebym tylko pamiętał nazwy tej broni...

Wszystkie te szkolenia mają nam dać poczucie pewności na statku. Żebyśmy nie gapili się idiotycznie w maszt czy Rysia tylko umieli udawać, że wiemy o co chodzi. Tak czy inaczej bronią będą zajmować się fachowcy, statkiem będą kierować prawdziwi żeglarze, a nas ma być tylko widać.

Tuż przed końcem dnia, około 6 zaproszono nas ponownie na jadalnię, gdzie mieliśmy przyjemność poznać Weira (bardzo miły starszy pan, podszedł do polskiej grupy aby się z nami specjalnie przywitać), i zobaczyć Rysia z zapuszczoną brodą. Zgodnie z informacja od Judy, kapitan Rysiu zakupił dla całej załogi koszulki ze znakami statku, na których musieliśmy przyszyć swoje nazwiska. Radek trzy razy zwracał im naszywki bo mieli problem z wypisaniem jego nazwiska.

Koniec tego sprawozdania, jutro wstaje o szóstej i ciąg dalszy.

mar

Rysiu kapitan 06/05

Zraz po sytym obiedzie, zabrano nas na dno basenu. Basen jeszcze pusty. Ma głębokość około pół metra. Zebrała się cała załoga, około 80 chłopa. To, kto jaką funkcję pełni na statku, można rozpoznać po kolorze koszulek; czerwony - marines, niebieski - oficerowie, jasno niebieski - dzieci, biały - żeglarze. W przemówieniu wygłoszonym z wysokości rusztowań. Kapitan prosił o koncentracje na treningach i o trzymanie się z dala od meksykańskiej policji, której zwyczajem jest zaczepianie nie meksykańsko wyglądających ludzi i pobierać nieformalne opłaty klimatyczne. Ponoć lepiej zapłacić, niż zwiedzić więzienie w Tichuanie- i pewnie ma racje. Całe to przemówienie było utrzymane w konwencji kapitana spotykającego się z załogą. Jakoś jeszcze nie mogę wejść w klimat, tym bardziej, że ochotniczo (o głupoto!) zajmuję się całą grupą, a szczególnie nie mówiącymi po angielsku. Kapitan Jack Aubrey obiecał więcej takich inspekcji.

Co za mną? Fechtunek przyprawił mnie o pęcherze na prawej ręce, od trzymania gumowo drewnianej szpady. Cała zabawa przednia, może dlatego, że w gruncie rzeczy ma to coś wspólnego z tańcem, z płynnością ruchu a jednocześnie jakiś bojownicy duch się we mnie obudził.

Jutro pływanie po zatoce. Przypuszczam, że jednak będziemy tylko zapoznawać się ze statkiem, może dopiero w czwartek gdzieś wypłyniemy. Czuję się zmęczony wstawaniem o 6 rano teraz jest 21, a dopiero przed chwilą przyjechałem ze studia. Teoretyczne lekcje żeglowania napchały mi głowę setką pojęć do zapamiętania. Byłyby magią nawet w języku polskim. Same terminy marynistyczne a w dodatku z początku 19 wieku. Angielski mi się tak sypie, że wiele cierpliwości od moich współżeglarzy wymaga zrozumienie mnie. Będzie lepiej.

Wracając ze studia widziałem srebrne pasy słońca na Pacyfiku, tu nazywają to drabiną Jakubową, niesamowite. Muszę jeszcze powiercić dziurę w brzuchu Judy, żeby pożyczyła mi aparat, bo zwariuję. Choć dopiero w niedziele będę miał trochę wolnego.

Siła, energia - patrząc na ten tłum ludzi, wszyscy o jakichś pokręconych życiorysach, w gruncie rzeczy dziwaków, widzę osoby, które aż biją po oczach charyzmą, na przykład Jerome... Tutaj właśnie to czuje, jak można oddziaływać na innych, nie werbalnie tylko czystą energia, nie wiem jak to wyjaśnić spróbuje później...

Jakob wymyślił mi ksywkę Jagger- banalne. Tak to witają mnie w jednym sklepie z papierosami i śmieszna rzecz, lecąc do Paryża leciałem z jednym z Roling Stonesow. Taki siwy gość, nie pamiętam jak się nazywa.

Miłych snów. Czuję się teraz jak zmęczona maszyna.

She is beautiful 06/07

Od czego dzień zacząć.

Hmm... jajecznica na parze, jajecznica na parze z pieczarkami, bekon, jakiś mięsny placek, omlet, czy może sałatka z truskawek, papai, arbuzów, pomarańczy, bananów i innych niezidentyfikowanych kolorowości. Biorę wszystko plus jogurt.

Jedziemy do Ensenady, portu położonego 40 minut od studia. Pierwsze co widzę to wielka meksykańska flaga, niezłe 7-9 metrów długości  i szerokości ze 4, a potem Ona. Trzy maszty, zwinięte kremowe żagle, jasne drewno. Jest repliką osiemnastowiecznego żaglowca i jest śliczna, a na imię ma Rose z dodatkem HMS (His Majesty Ship). Lądowy szczur stroniący dotychczas od morza, szczur bardziej miejski, niż jakikolwiek inny, wchodzi na pokład. Przypadł mi do obsługi maszt pierwszy od dziobu i tym samym wyjaśniło się co oznaczał dopisek forcastle. Plątanina lin, których nazwy nie chcą wchodzić do głowy. Na szczęście opiekuje się nami brodata załoga i Katrin. Grupa, tak zwanych prawdziwych żeglarzy, siedzi na tym statku od stycznia. Katrin ma zielone oczy, skórę jak brzoskwinia i kolczyki z zielonym kamienie. Nagle łapię się na tym, że wgapiłam się w jej piersi. Nie słyszę co do mnie mówi, tylko chciałbym jej dotknąć, chciałbym poczuć jak pachnie. Czyżby wlazł we mnie jakiś wygłodniały żeglarz, a może to po prostu ja, który kładzie się co wieczór do wielkiego pachnącego świeżą pościelą łoża dla dwojga, sam. Aż muszę wstrząsnąć głową aby znów wsłuchać się w to co Katrin próbuje nam przekazać. Clues, reefs, buntlines, halyards, yards, sheets, tacks, brace, fuck - za dużo, jak na jeden dzień.

Siedzę na dziobie statku i patrzę jak Rose pokonuje fale, wiatr wieje mi prosto w twarz i pomimo niezdecydowania żołądka, czy już czy za chwilę, jestem szczęśliwy i zakochany w Rose. Obok przepływa stado delfinów, jest ich ze 100, a w chwile później wieloryb. O kurwa, jak ja się tu znalazłem i to się dzieje naprawdę. Przecież to jak.. jak... jak w filmie. Trzeba powrócić do rozwijania i manewrowania żaglami. Czuję się jak idiota, gubię się w tych wszystkich linach. Jeszcze będąc w porcie, wspinaliśmy się na wysokość faihting top (platforma strzelnicza powyżej pierwszego żagla), coś cudownego, a kiedy powtarzaliśmy to samo na otwartym oceanie, po zejściu trzęsły się pode mną nogi. Nie wiem czy będę miał szanse wspiąć się do zwijania żagli. Chcę, choć nie wiem jak zareaguje mój organizm. Ostatecznie robią to bardziej doświadczeni. Lunch jemy pod pokładem, jakieś sandwicze, owoce, snikersy. W porównaniu z wyżerką ze studia dość, skromnie. Szczur lądowy pływa. Po całym dniu ledwo się ruszam. Zmęczony i szczęśliwy nie zauważam nawet, że nikt obok mnie nie śpi.

Następnego dnia już lepiej orientuje się o co chodzi, czuje się znacznie pewniej i żołądek jest bardziej zdecydowany na nie.

W między czasie fechtunek ponownie uszkodził mi ręce. Ćwiczymy raz prawa raz lewą, niech tam, podoba mi się. En Garde!

Rysiu nie pojawia się. Po południu pływał na Rose, jestem zazdrosny. W studiu poinformowano nas, że nie możemy na planie robić żadnych zdjęć i nie ma proszenia o autografy i że właśnie zaczynają robić dokumentację. Ponoć ma to wyjść na dodatkach do DVD. Do tej pory tylko przy charakteryzacji pojawił się jeden kamerzysta. Siwy, chudy staruszek chwiejący się pod ciężką kamerą VHS. Nie wiem czy uda się jeszcze popływać, większość zdjęć ma być nakręcone na statku w studyjnym basenie. Filmowy statek nosi imię  Surprise, Rose i Suprise są praktycznie identyczne, może z tym wyjątkiem, że Rose pływa a Suprise jest posadzona na 20 metrowej maszynie (gimbal), pozwalającej na nadawanie mu wybranego ruchu. Nie mogę doczekać się kiedy wleziemy na pokład, mieli jakieś problemy z maszynerią, ponoć do przyszłego tygodnia wszystko ma być ok.

A propos bandytów uciekających do Meksyku, jeden z moich współtowarzyszy faktycznie ma w Polsce otwartą sprawę sądową, co nagłośniły lokalne gazety, ale tutaj jest niebezpieczny najwyżej dla samego siebie.

Wszyscy znają już moje imię. Na spotkaniach całej ekipy Judy co chwilę mówi- Marian please translate.

A dziś zjawiła się ekipa B, biedaki posłużą za mięso armatnie

Może uda się załatwić parę zdjęć ale tylko do wewnętrznego użytku. Jutro mamy podpisać specjalny papier wiec proszę bez numerów. Dziękuję za wiadomości i czekam na więcej. Wybaczcie, że piszę do Was jako do Przyjaciela zbiorowego.. ale dziękuje za Was i Wam. Wczoraj w nocy biegłem nad oceanem i głośno krzyczałem - Dziękuję!!!.

Mar

PS. W ramach podróży kulinarnych wybrałem się do knajpki specjalizującej się w owocach morza. Żadne „ą, ę” tylko bardzo lokalnie wyglądające miejsce w pobliżu hotelu. W środku rozgadane meksykańskie rodziny, każda liczy po 5-8 osób. Postanowiłem zobaczyć co kryje się pod nazwą questadila (coś takiego). Zapłaciłem 10 dolarów i czekam spodziewając się dużo i dobrze. Podano mi głęboki talerz czegoś jak pomidorówka a w środku pływają pocięte kawałki fioletowej ośmiornicy, muszelka z małżą i krab. Hm... Jak to się je... Połamałem i wyssałem kraba, wyczyściłem muszelkę i wciąż byłem głodny.

Pytanie 06/09

Swoją drogą, co Polacy mogli robić na brytyjskim statku w roku 1806? W dodatku walcząc z napoleońskim statkiem. Acheron jest statkiem kaprów pod jego auspicjami. Chyba każdy Polak stanąłby po stronie Napoleona. Czy się mylę? W takim razie jak uzasadnić że Weir chce umieścić w filmie mówiących po polsku żeglarzy. No chyba, że jest to banda polskich renegatów, pozbawionych jakichkolwiek uczuć patriotycznych, którzy za brytyjskie funty są w stanie zrobić wszystko. A czy wy znacie odpowiedź na to pytanie? 

Tichuana blues 06/09

W sobotę czas zwalnia i nie daje się niczym zmierzyć. Zmysły oszołomione nowym miejscem nie dają żadnych wskazówek. Dziś słońce schowane za chmurami. Zresztą aby je zauważyć to trzeba nabyć nowego zwyczaju zadzierania bardzo wysoko głowy. Rosarito lubi osnuwać się chmurami, dopiero kiedy mija się górę pokrytą wrakami samochodów, w drodze do Tihuany, pojawia się słońce i pewnie jest jakiś podobny punkt w drugą stronę, w kierunku Ensenady. TJ, rozkrzyczane miasto, na ulicach sprzedają burito i taco, kukurydzę i słodycze, przy klubach stoją naganiacze i próbują wciągnąć do środka każdego nie meksykańsko wyglądającego, z czasem można być tym zmęczonym. Galerie z pamiątkami pełne są srebrnych pierścionków, wisiorków, jaskrawo pomalowanych kotów, glinianych azteckich figurek, żółwików kiwających ogonkami i główkami wykonanych z wielokolorowych koralików a wszystko jak cepelia. A może nie potrafię patrzeć. Jeszcze nic nie kupuję, mam czas. Rozglądam się, może coś rzuci mi się w oczy.

D. twierdzi że w Polsce wystawiono na niego list gończy. Przygotowuje się do powrotu, kupuje breloczki ze srebrnymi monetami, zapalniczki z gołymi panienkami. Podobno ma sprawę o kradzieże, jakiś rozbój i nie odsiedziany wyrok. Staje się coraz bardziej nieprzewidywalny. Wisi mi to.

do góry

Strona główna

Zaćmienie słońca 06/11

Hola.
Nikt nie chciał mi uwierzyć, że mamy zaćmienie słońca. Dopiero kiedy z Radkiem wytrzasnęliśmy od pracujących przy gun decku maskę do spawania (płyta CD się nie sprawdzała) i intensywnie wpatrywaliśmy się w niebo, ludzie zaczęli podchodzić i mogli przekonać się na własne oczy. Słońce było zasłonięte w 3/4 i wszystko trwało godzinę, jednak gdyby nie wpatrywać się w słońce, niczego nie dałoby się zauważyć.

O poranku trening obsługi dział pokładowych na gun decku. Na razie bez prochu, sucha zaprawa. Działo stoi przy dziale i każde obsługiwane jest przez sześcioosobową załogę, sufit jest dość niski i małe odległości pomiędzy poszczególnymi załogami. Jak oni (prawdziwi żeglarze) mogli w takich warunkach pracować?

Pewnie trzeba coś wyjaśnić; istnieją dwa statki Rose (w porcie) i Surprise w basenie, oprócz tego wybudowano makiety poszczególnych części statku. Makieta gun decku - pokładu z działami stoi tuż nad oceanem, w pobliżu wioski rybackiej, wygląda jak kadłub statku z tym, że wykończone jest tylko wnętrze, zamontowane są działa, z których można strzelać (podczas ćwiczeń mierzymy w stojące na parkingu samochody). Oprócz tego istnieje jeszcze makieta berthdecku - pokładu tuż nad powierzchnią wody, gdzie śpimy w hamakach, jest jeszcze w innej hali, makieta kajuty kapitana oraz magazynów i prochowni. Za bramą wjazdową buduje się statek Francuzów, z każdym dniem go przybywa. Po skończeniu budowy ma zostać pocięty i przeniesiony do basenu. W innej hali jest gun deck Francuzów. Czyli każdy detal w innym miejscu.

Rysiu pojawił się na chwilę w holdingu ze swoim dublerem aby poćwiczyć walkę na  miecze. Faktycznie przytył i pewnie, gdyby go wszyscy nie znali z ekranu to nie zwracałby na siebie specjalnie uwagi.

Zatem - umiem odpalić kanon. Czy mi się to jeszcze w życiu przyda?

Jestem podkurzony, zleciłem Gawinowi zakupienie słownika w San Diego i zakupił słownik Webstera, który bardzo mi się nie podoba. Nie ma przykładów użycia danych słów, fonetyczny ma jakiś dziwny zapis i jedynie ładnie wygląda.

Właśnie sobie uświadomiłem, że będę tutaj do października. Przecież to kupa czasu, mam nadzieję, że nie zwariuję; i że nie zrobi mi się gruby tłusty kark i nie urośnie mi duży brzuch. Żywią nas tu przednio i tonami.

Czasem mam ochotę na jakąś europejską, czytaj krakowską knajpę... a wy to macie pod nosem. Wasz korespondent z Meksyku

Mar.

PS 1. Jak mnie gdzieś w sklepie jeszcze raz zapytają skąd jestem to powiem że z Węgier, bo aż mi wstyd za polską drużynę w Capo del Mundo. Meksykanie po swoich wygranych jeżdżą całą noc po ulicach wrzeszcząc i trąbiąc. Im przynajmniej wychodzi.

PS 2. Nie kupujcie słownika Webstera!!!

Od świtu do zmierzchu 06/12

Hola
Noce są zimne. Budzę się o piątej rano, cały zmarznięty. Zatem szybki prysznic i wybiec na czekający autobus. Kierowca o imieniu Hektor powita nas hasłem – You Talibans! Słońce wstanie dopiero za chwilę. Jak zwykle wszystko zaczyna się od sytego śniadania. Judy prosi żebym z nią przejrzał notatki z sailing school, okazało się, że wystawiono oceny, raczej krótkie opinie. Przy trzech osobach z polskiej ekipy znaki zapytania i przymiotniki typu; leniwy, nic nie rozumie, niezaangażowany. Judy pyta co myślę o tych ludziach, bo produkcja chce ich odesłać do domu. Trochę mnie zatkało, udało mi się wybronić dwójkę. Nie byłem w stanie wybronić D. (na dodatek dzisiaj zaspał i nie zabrał się autobusem - a był to pierwszy dzień kiedy nie czekałem aż wszyscy Polacy wsiądą do autobusów - dziś miałem ochotę na dłuższe śniadanie i wsiadłem do pierwszego z dwu autobusów). Wynika z tego, że tracimy D., ale on o tym jeszcze nie wie i męczę się czy może powinienem go bronić, pomimo całego jego więzienno, blokowego zachowania i totalnego olewania wszystkiego. Może to była dla niego szansa aby się odbić... a teraz po powrocie czeka go jakaś odsiadka. Chciał tylko spędzić 19 urodziny w Meksyku... sam wybrał.

Dziś zaczęły się przymiarki do zdjęć. Weir przemknął z boku.
Na razie tyle, jestem zdechły.

Pogranicze 06/15

Hola!
Czy figurki z gliny i plastiku czekające na poboczu na kupców, to specyfika każdego przygranicznego miasteczka?

Tutaj zamiast krasnoludków z plastiku, przy drodze, którą dojeżdżam do studia, stoją całe rzędy łabędzi, stada koników morskich, tłum nimf,  niezliczone ilości pelikanów i kominków ogrodowych - z czerwonej gliny, gipsu, metalu i plastiku a z  ogrodzeń spoglądają gliniane pyzate słońca. Na przejeżdżające samochody z tęsknotą patrzą półtorametrowe słonie, dinozaury, żyrafy i delfiny zrobione ze spawanej blachy. Ciekawe jak te stwory wyglądają w ogrodzie?

Korzystając z chwili wolnego w treningu, poszedłem nad ocean na terenie studia. Brzeg tutaj jest skalisty, przypominający stwardniałą gąbkę, dość ostro opada na niewielką połać piasku. Z obmywanych przez fale skał uciekają mewy, i dobrze, jakoś nie lubię tych ptaszysk. W kałużach wody, do których z rzadka docierają fale, aż roi się od krabów pustelników. Biegają szybko po dnie w swoich domkach z muszelek. Kiedy wyciągnie się z wody muszelkę, chowają w jej głąb miękkie odnóża. Na dnie rosną rośliny, wyglądem przypominające niedojrzały słonecznik, które pożerają przepływające małe ryby i kraby. Kiedy wsadzi się w ich środek palec, zamykają się na nim- bardzo dziwne uczucie. Leżę na piasku patrząc jak w szczelinach skał biegają czerwone kraby. Próbuję je złapać, ale chowają się pod kamienie, a nie chcę tam wsadzać ręki bo ich szczypce budzą respekt. Jakob przynosi na dłoni coś gąbczastego, długości około dwudziestu centymetrów, czarne i połyskliwe, co okazuje się być ślimakiem morskim. Z głowy wystają oczy na słupkach a w centrum tułowia otwór, przez który wydostaje się chyba woda (a może Jackob za mocno go ściska).

Słońce ostatnio nie chowa się za chmurami, zmęczenie całym tygodniem daje o sobie znać. Ciekawe czemu od wiosłowania bolą mnie nogi.  Zastanawiam się jak tu będzie za tydzień, dwa, coraz bardziej czuć w powietrzu erotyczne napięcie. Prawie stu chłopa i tylko od czasu do czasu pojawia się jakaś kobieta, za którą podążają wygłodzone oczy. Zaskoczyło  mnie to, że tak bardzo daje się to odczuć, mam nadzieję że meksykanki zaczną mi się podobać z czasem, bo zeświruję.

Cała ta sprawa z D. Trochę mi się smutno zrobiło, kiedy w środę rano po śniadaniu, musiałem tłumaczyć mu to, co mówiła Judy, czyli że produkcja podjęła decyzję o  jego powrocie   do Polski. Pojechałem z nim do hotelu, chwila na spakowanie, wizyta w banku, zamknięcie konta. Miał takie ufne oczy kiedy mnie  słuchał, choć zdawał się nic sobie nie robić z całej tej sprawy. W każdym razie jest już w Polsce.  Ta decyzja, czy też moja ewentualna walka o zmianę jej (której zaniechałem, nie znajdując podstaw do obrony) wywiera wpływ na jego przyszłość. Gościu z blokowiska, siedział, teraz miał niepowtarzalną szansę aby trochę oderwać się od swojego środowiska, zobaczyć jak żyje się inaczej i może wyjść na ludzi. Nie skorzystał z tej szansy. Wróci żeby odsiedzieć, a więzienie produkuje przestępców a nie pomaga im, być może pomaga społeczeństwu. Czyli zrobiło mi się smutno, że jego przyszłość, przeznaczenie zostało przypieczętowane. A może się mylę?

Jutro pracuję a wieczorem impreza, nic tylko się upić z tymi wszystkimi facetami albo wybrać opcję homo..

Sailors 06/15

Rosarito na weekend wypełnia się tłumem, a raczej hordami spasionych amerykanów, gdzie niegdzie żebrzący indianie z dziećmi albo sprzedający pierścionki, koraliki, cukierki. Mają cudowne twarze, a zwłaszcza dzieci. Jakoś krepuję się robić im zdjęcia, może mi przejdzie. Dominujące kolory to żółcie i róże. Jest strasznie duszno, mam ochotę na zimny prysznic.

Idąc na plan zdjęciowy, ustawiamy się w rzędy i śpiewamy:

Everywhere we go/
people wanna know/
who we are/
so we say them/
we are the sailors/
the royal navy sailors/

Piosenka oczywiście jest wzięta z filmu "Titans”, jedynie odrobinę zmieniona. Brzmi nieźle w gardłach żeglarzy.

W którą stronę w Polsce spływa woda? Bo tutaj w przeciwną do wskazówek zegara?

Mar

Micki kontra Rusty 06/18

Hola.
Niedzielny poranek rozpoczął się od zbierania faktów. Jak znalazłem się w łóżku? Dlaczego moje jasne ubranie zalane jest czerwonym winem? Dlaczego moje usta są sine?

Po chwili okazało się, że nie jestem jedyny, który ma problemy z wczorajszym wieczorem.

Gdzieś koło 10 Miki zapukał do mnie z pytaniem czy nie słyszałem czegoś o jego spotkaniu z Rysiem (tutaj nazywają go Rusty).- Nie, nie słyszałem-, i nic nie słyszę oprócz szumu w głowie. Postanowiliśmy wybrać się coś zjeść. Miki (w rzeczywistości Jakob) przypomina miniaturowego Brata Pita, ma gdzieś 167 cm wzrostu. Po drodze spotkaliśmy Gadatliwego Russela i Kolesia Z Kulką W Głowie, zajętych wcinaniem jakiegoś amerykańskiego żarcia w „Tamale inn” i opowieścią o tym jak to w czasie przyjęcia jakiś koleś wylał alkohol na Rustiego i ten się wkurzył i rzucił nim o bar. Oczywiście chodziło o Mikiego. Ale jak to się zaczęło?

Od 18.00 pod hotel podjeżdżały busy, zabierające nas do kurortu, o nazwie Las Rocas. Jedni ubrali się elegancko a inni poszli w tym w czym zawsze chodzą. Przed bramą, dwie w marynarki ubrane, groźnie wyglądające dziewczyny, sprawdziły nasze identyfikatory ze studia. W środku rozpościerał się ogród nad brzegiem oceanu. Kiedy pochłonięty rozmową z Timem o Szekspirze (dokładnie chodziło o to dlaczego Brytyjczycy są bardziej wiarygodni w Szekspirze niż inne anglojęzyczne nacje) wchodziłem do ogrodu, ktoś nas powitał (później okazało się, że to jeden z głównych producentów) mówiąc, że cieszy się, że tu jesteśmy. Zagłębieni w problemy translacji elżbietańskich tekstów podeszliśmy do baru, za którym uganiali się barmani w białych koszulach. Od razu w mojej ręce znalazła się margarita, która niestety smakowała jak płyn do płukania tkanin, wiec przerzuciłem się na czerwone wino, i mogę przysiąc- przez całą imprezę wypiłem tylko dwa kieliszki - z tym, że były one co chwilę wypełniane winem przez anielskich kelnerów. Nalewali do pełna, nawet wtedy kiedy wcale się tego nie chciało. Rozpocząłem wolne krążenie, pomiędzy altanką z parkietem do tańczenia (na którym początkowo grał na żywo meksykański zespół, a później przerzucono się na jakieś popowe hity) a stołem z jedzeniem i basenem. O dziwo nagle pojawiły się również kobiety, lecz z czasem mój angielski stawał się coraz bardziej bełkotliwy. W między czasie pojawił się Peter Weir, zatem podszedłem do niego aby mu podziękować za „Piknik pod wiszącą skałą”. Peter ma siwe włosy i mówi bardzo cicho, aksamitnym głosem, chciałoby się dłużej z nim pogadać, niestety ktoś mi go zwinął. Pojawił się również Rusty- Rysiu, nie śledziłem go jakoś specjalnie, ale postanowiłem do niego podejść i powiedzieć mu -Hi- i tu pamięć mi się zaciera- wydaje mi się, że nie wiedząc czemu chwycił mnie za włosy i mocno je pociągnął do tyłu. Nie wiem o co w tym chodziło więc zrezygnowałem z jakiegokolwiek kontaktu. Ostatecznie postanowiłem trochę potańczyć, a kiedy wreszcie wskoczyłem do basenu, poczułem się jak na hollywoodzkim przyjęciu. Tylko po co nagle pojawił się strażnik i powiedział, że nie powinienem pływać? Założyłem na siebie ubranie, które od razu przemokło i stwierdziłem, że mam dość. Wsiadłem do busa jadącego do hotelu. Pamiętam jeszcze, że w busie 14 letni angol rzygał, podtrzymywany przez swoja mamę, a może siostrę. Czy powinienem żałować, że nie zostałem do końca?  Że nie widziałem jak Rusty rzucił Mikiego na bar i tego jak Rusty gdzieś koło 2 w nocy sam sobie otworzył zamknięty już bar, wyciągając dużą butelkę Johny Walkera i wypijał ją z nielicznymi już gośćmi? I tak miałem potwornego kaca....

Wieczorem Miki wraz z Eckhartem postanowili posurfować. Zapakowaliśmy się w samochód Mikiego razem z ich deskami surfingowymi i pojechaliśmy na 38 kilometr (break point). Rzeczywiście fale tworzyły się tutaj bardzo duże. Miki i Eckhart wdziali swoje kombinezony i zanurzyli się w Pacyfiku. Ten surfing to prawie jak jakaś pierdolona religia. Surferzy wyglądają bardzo podobnie do siebie. Są szczupli, wysportowani, zazwyczaj mają długie włosy i jeszcze upodabniają ich do siebie kombinezony. Patrzyłem jak jeden z nich wyszedł z wody, odłożył deskę na plaży, a potem wszedł do wody i pogrążył się w czymś w rodzaju modlitwy czy medytacji, bujany przez przybrzeżne fale. Patrząc na fale, na to jak łapali i dosiadali te olbrzymie grzbiety wody, zacząłem rozumieć to szaleństwo, chciałbym surfowac. Powoli zachodziło słońce. Kilka metrów za mną obrzucały się piaskiem nastoletnie meksykanki. Czarne włosy, czarne oczy, ciemna cera, nigdy nie słyszałem radośniejszego śmiechu.

Ps . Jackob czyli Miki - imię z kreskówki, Meezen- meezen mast czyli ostatni maszt na żaglowcu (trzeci).

do góry

Strona główna

LA VIVA MUERTE 06/19

Hola
Drugi dzień zdjęć właśnie minął. Wciąż mam ‘czysty brud’ na rękach i jak najbardziej chce mi się spać. Pewnie jeszcze nie napisałem jak podzielono naszą dziesiątkę. Cztery osoby- czyli ja, Radek, Paweł i Piotrek jesteśmy żeglarzami z dodatkiem landsman co oznacza że na morzu jesteśmy nowicjuszami, ja i Piotrek zajmujemy się masztem przy dziobie (fore mast), a Radek i Paweł obsługują maszt środkowy  (mainmast).

Wojtek i Rafał zostali wcieleni do royal marines, prawie codziennie, w pełnym umundurowaniu ćwiczą musztrę i to jest ich główne zadanie. Pozostała 4 stanowi załogę obsługującą działa i zajmującą się prochem, w to można jeszcze wliczyć Adama również zajmującego się kanonem (Adam wyjechał z Polski mając lat 14).

W ciągu tych dwu dni kanonierzy i marines zdołali się już utrwalić, choćby przez chwilę, na taśmie filmowej. Wczoraj Wojtek otwierał drzwi służącemu kapitana a dziś rano nagrywano scenę, gdy biedny Rafał zatykał kawałkiem sznura i czapką dwie dziury w pokładzie. Nie byłem przy samym kręceniu, kiedy to jako tłumacz poszedł Adam, ale miałem okazję uczestniczyć przy sesji zdjęciowej dokładnie tej samej sceny. Rafał przez całe przedpołudnie chodził przemoczony do suchej nitki. Rafał, najprawdopodobniej pochodzi z jakiegoś małego miasteczka i jest bardzo prostym człowieczkiem, tak, że jak kazano mu stać przy dziurze tak stał jak wryty, pomimo iż proszono o jakąś żywszą reakcję na to co się dzieje. Słysząc, że uczestniczy w tej scenie, a jeszcze jej nie znając, baliśmy się, że go nam utopią, tak się jednak nie stało. Na szczęście.

Najgorsze jest to czekanie, kiedy cię wezwą. Ludzie grają w karty, bębnią na pustych pojemnikach po wodzie, czytają, albo śpią. Część grupy wstaje jutro o 3 rano, mają kręcić świt na Suprise. Suchy dok zalano już wodą.

Meksyk niestety odpadł z Mundialu, co boleśnie przeżyli tubylcy. Każdy mecz śledzony był przez wszystkich mieszkańców Rosarito, a po mieście krążyły głośno trąbiące pickupy, z flagami, wrzeszczącymi ludźmi i wypisanymi wynikami meczów. Tak też było na krótko przed meczem ze Stanami, później jednak wszystko ucichło.

Splinters 06/20

"Opanowawszy sztukę walki mieczem,  obsługę dział i prochu strzelnicznego, jak również poddbudowawszy sobie krzepę coddzienymi treningami, nasz bohater pogrążył się w rozmyślaniach o zemście. Zaczął spisywać długą listę swoich wrogów, oraz ludzi którzy jego zdaniem, w jakiś sposób zawinili wobec niego a z którymi rozliczy się po powrocie do ojczystego kraju"
(Z dziennika maniaka.)

Hola.
Cały dzień kręcą świt. Część załogi, zazwyczaj ci, którzy biegają po ożeglowaniu, sterczy   w studiu od 4 rano i jutro czeka ich to samo. Niestety nie udało mi się jeszcze utrwalić na taśmie filmowej, ale co się odwlecze to nie uciecze.

- Epilog do historii MIki Mizzena kontra Rusty.
 TJ z załogi Rose (załoga liczy chyba 15 osób, które na Rose są praktycznie od stycznia, przypłynęli z tym statkiem ze wschodniego wybrzeża) w czasie pamiętnej bitki podczas imprezy powitalnej, stanął w obronie Mikiego (który nie bardzo zdawał sobie już wtedy sprawę z tego co dzieje się dookoła niego), co prawie zakończyło się walką z Rustym i niestety ostatecznie tym, że TJ  został zwolniony z pracy i wrócił do domu.

Plotki: Ponoć w umowie ze studiem Rusty ma, że samochód, ciężarówka  z siłownią ma znajdować się wszędzie tam gdzie on jest, w odległości 70 stóp. Faktycznie samochodzik jeździ to tu, to tam.

Reset, do it again 06/22

Statek otoczyła mgła. Na wachcie tylko połowa załogi, starboard watch - krząta się przy linach. Wiatr trochę przycichł więc nie poruszamy się tak szybko jak powinniśmy. Nikt nie wie, kiedy dotrzemy do francuskiego statku. Larboard watch śpi spokojnie w wygodnych hamakach. Kapitan Jack Aubrey wpatruje się we mgłę przez długą lunetę stojąc  na dziobie statku. Został przebudzony przez dowódcę wachty, któremu zdawało się, że usłyszał podejrzane dźwięki, a przecież mogli to być rybacy, nic groźnego, przecież żabojady nie spodziewają się nas. Kapitan nic nie dostrzegł we mgle, jednak coś nie dawało mu spokoju, jeszcze raz spojrzał w mgłę i nagle zakrzyknął- All hands!!!!!!  Na ten sygnał wraz z współ- żeglarzami opuszczam na wodę jedną z jolly boats, mięśnie napięte od wysiłku, skóra na dłoniach piecze od szorstkich lin......  i tak w kółko przez cały dzień.

Pod wieczór ręce mi odpadały, piekące od przesuwającego się sznura, a wszystko było jeszcze bardziej wkurzające, że i tak, to co robiłem, było poza kadrem.

W  czasie przerwy pomiędzy ujęciami spod pokładu rozległo się bębnienie. Patyk o patyk, stopa o pokład, i rytm powoli rozprzestrzenił się na cały statek. Wszyscy czym mogli tym wybijali rytm, nawet Andy (kapitan Rose) bębnił rytmicznie w dzwon pokładowy, i od razu zrobiło się weselej, a za chwile - cisza, ujęcie, i  reset. Kręcimy na nowo.

Znów rozległo się bębnienie, teraz już wiem że to Adi i Micki- czyli underdeck drum circle (podpokładowe kółko bębniarskie), znów postanowili powtórzyć czarowny moment, znów rytm opanował wszystkich. Tym razem chłopczyk, jeden z chłopców od prochu (powder monky), został podniesiony przez Ala, na kapstan (cos w rodzaju podniesienia przy głównym maszcie w stronę kabiny kapitana) a ten zaczął tańczyć jakiś irlandzki taniec. Chłopiec w wieku 10-12 lat, z kręconymi włosami, blond lokami opadającymi mu na czoło i ciemno brązowe oczy. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że to dziewczynka, albo aniołek w płóciennej jasnej koszuli i lnianych marynarskich spodniach. Ręce na biodrach i tańczy coś co ostatecznie mogłoby przypominać naszego zbójnickiego... i znów koniec przerwy, kolejne ujecie. Let’s do it again.

To było wczoraj. Dziś rozmawiałem przez chwilę z Weirem, ale to następnym razem, jutro niestety do pracy.

Kręci się 06/23

...świat mam na myśli... Ktoś sobie kostkę knoci, ktoś tęskni za słowiańszczyzną w odległym kraju, ktoś się nudzi, inny jest tak zajęty, że myśli pozbierać nie może, inni plotą to to, to tamto, a inni jeszcze milczą jak zaklęci.

Kończyła się nocna wachta, wciąż otaczała nas mgła. Leżałem przy dziobie, ucząc się od Mc Cluskiego nowych węzłów żeglarskich (coś trzeba robić żeby zabić czas). Tim sikał  właśnie za burtę, kiedy rozległ się głos kapitana -All hands!- Stanąłem na swoim stanowisku, jak cała załoga zresztą. Spod pokładu wybiegła strabord watch. I wtedy po raz pierwszy zobaczyliśmy  Acheron. Złowieszczy kształt wyłonił się się z mgły i powoli zaczynał nas doganiać. Czy mamy szansę ścigać się z tą potężną, dwa razy większą od nas fregatą i jeszcze w dodatku wiatr jest po jej stronie... i tak w kółko.

Podczas kręcenia tych zdjęć wiatr nie wiał tak jak powinien i zwiędły żagiel nie bardzo podobał się reżyserowi, zatem w ramach poruszyciela żagla wystapiłem ja, Adi i ktoś jeszcze. Oczekuję specjalnej wzmianki w napisach końcowych....  only kidding.

Popołudniem wreszcie wylazło słońce. Zdjęcia przeniosły się na dziób statku. Leżę rozłożony jak długi na pokładzie a nad sobą mam białą płachtę żagla  na tle błękitnego nieba, i własnie sobie przypomniałem, że okładkę z identycznym obrazkiem zrobiłem do Moon Pix- Cat Power. Brakuje tylko zwisajacego za jedną nogę  chłopca. Zatem czekać tylko kiedy John Boy zaplącze się w  liny i spadnie z bocianiego gniazda. Wreszcie sobota....

Nocki 06/24

Wygląda na to, że cały tydzień będę pracował na nocki. Od południa do drugiej w nocy, zatem nie bardzo będę miał szansę pisać. Kręcimy zdjęcia nocne i o świcie. Kazałem charakteryzatorom dorobić, dokładniej to poprawić bliznę na lewej brwi. Stwierdziłem, a co, pewnie nigdy więcej nie będę jej pokazywał w tak oczywisty sposób.

Ostatnio dziwne rzeczy dzieją się w mojej głowie. Ciągła obecność angielskiego powoduje wyparcie polskiego wraz z pamięcią. Nie mogę sobie przypomnieć nazwisk, tytułów ostatnio przeczytanych książek czy obejrzanych filmów. Mam nadzieję, że to chwilowe.
Pozdrawiam i czekam na wieści

Roztrzęsiony poranek 06/25

.... Zmiana rytmu życia. Od wczoraj zaczęły się zdjęcia nocne. Jest południe a czuję, że mi żołądek skręca z głodu i kawa (czy też dziwny płyn z hotelowego lobby o kolorze identycznym z kolorem kawy) roztrzęsła mnie zupełnie, ale widzę że inni też jacyś dziwni. Katz pomknął posurfować choć fale dziś wyjątkowo płaskie. Trochę w tym wszystkim mechaniczności, kołowrotu, praca-sen-praca.

... Acheron jest wciąż za nami, trochę osłony daje nam mgła. Kapitan podjął decyzję opuszczenia tratwy, która zazwyczaj stosowana była do treningu strzeleckiego. Tratwa zbudowana jest z pięciu beczek powiązanych linami i masztu wysokiego na 2 metry, na którym zawieszone są cztery zapalone  lampy. Suprise ma wygaszone światła. Kapitan liczy na to, że uda nam się zmylić przeciwnika we mgle. Mnie przypadło zadanie sprawdzenia lin w  łodziach....

Wszystko kręcone jest w mokrym doku, łódź kołysze się niczym konik bujany. Dwa olbrzymie wiatraki produkują wiatr, a wielka miętowa pastylka (średnica ze 4 metry) utrzymywana przez dźwig udaje księżycową poświatę, do tego jeszcze trzeba dodać wielki pływający klocek lego, który ryczy jak startujący odrzutowiec i tworzy wielkie fale. Jest jeszcze maszyna do robienia mgły, potrafi zasłonić cały świat w ciągu pięciu minut. Kamery umieszczone są to na statku, to na barce. Hm...wielkie studio.... to chyba Hollywood.

Już wcześniej słyszałem z miejsca, w którym siedział reżyser Floydów, ale myślałem że to przypadek, okazuje się, że nie. Wczoraj siedziałem tuż obok niego i widziałem jak gdzieś koło północy Weir wyciągnął dużą więżę i zapodał sobie płytkę z -Shine on you crazy diamond- Ciekawe czy to pomaga mu kręcić? W nocy chmury się przerzedziły i pośród oślepiających  reflektorów, światła księżycowego pastylki pojawił się nikły on. Księżyc we własnej, skromnej osobie. I u Was się zjawi za dziewięć godzin.

Na głowie 06/26

Idę spać przed wschodem słońca a budzę się w południe. Hiszpańsko wyglądająca dziewczyna w recepcji hotelowej ma na imię Ester. Brzmi to zupełnie jak Aster, gdyż jest kwiatem, na który co południe z wielkim pożądaniem spoglądają oczy osiemdziesięciu facetów (no może minus pięciu gejów). Gdzieś w pobliżu jest streaptise bar, Eckhart opowiadał jak poszło ich tam sześciu a pięciu wydało całe swoje per diem na dziewczyny. Napięcie wzrasta. Co będzie za miesiąc... Na szczęście czuje się za bardzo zmęczony aby gonić za dziewczynami i może ta presja czasu, poczucie, że go nie mam. Ono zawsze mi towarzyszy. Meksykanki wydają się coraz piękniejsze, z dnia na dzień.

Zapytałem Weira czego słuchał kiedy kręcił „Piknik pod wiszącą skałą”. Zastanowił się  i stwierdził, że... też Floydów... Niestety nie za dobrze odrobiłem lekcję domową i nie przejrzałem wszystkich jego filmów przed wyjazdem. Pamiętam tylko, że Simply pytał mnie czy to, co ma zamiar Peter kręcić ma być z bohaterem kolektywnym, i okazuje się, że ten film ma być właśnie taki. Weir wygląda na bardzo zadowolonego z twarzy jakie ściągnął na plan, i cały czas przez film będą przewijać się twarze załogi. - Dlaczego Pan ściągnął ludzi z Polski - Bo Amerykanie wydają się tak zwizualizowani w środku, tak że nadają się do wszystkiego. Nie mają charakteru, wyrazu, pozują a inaczej jest z twarzami ze wschodu, te twarze wyglądają jak z epoki, o której jest ten film, i te twarze mają wyraz. Może to przez trudniejsze życie?- tak odpowiedział (oczywiście to moje niezgrabne tłumaczenie), kiedy miałem moment na rozmowę z nim na dziobie statku, paląc papierosa Benson and Hadges

Małe różnice.
Pojawiający się Crowe wywołuje poruszenie (obraz, tysiące obrazów działa) a Weir spokojnie może wmieszać się w tłum i nikt go nie zauważy (no może nie tu w Meksyku, bo ma strasznie jasną, prawie różową skórę).

A teraz zapowiedź:
NBC wprowadza nowe reality show- Poznaj moich rodziców. 3 młodych chłopców stara się o względy dziewczyny i jej rodziców. Zostają poddani testowi na kłamstwo, ojciec pyta- czy chcesz się przespać z moja córką? Sprowadzone zostają byłe dziewczyny! I wiele innych atrakcji – a wszystko pod czujnym okiem kamery. Już wkrótce – Meet my folks.!!!!!!!!

Mar
(którego dzisiaj?)

strona: 1 (5/30 - 6/26)  2 (7/03 - 8/13)  3 (8/14 - 9/22)  4 (9/30 - 11/14)

do góry

Strona główna